Romans Szepty Pożądania

Nowość: romans „Szepty Pożądania” już dostępny

6 opowieści,
które poruszą Twoje zmysły

„Szepty Pożądania” to sześć zmysłowych historii, w których codzienność pęka pod naporem namiętności i sekretów. Bohaterki uczą się mówić „tak” i „nie” po swojemu — raz szeptem, raz ogniem. To może być również Twoja historia.
Bo każda kobieta zasługuje na miłość, która rozgrzewa, i na ciszę, w której może decydować sama.

  • Natychmiastowy dostęp po płatności

  • Bezpieczne płatności: BLIK / Karta / PayPal / Przelewy24

  • Plik PDF – działa na telefonie i czytniku

⭐⭐⭐⭐⭐
„Każda historia poruszyła moje serce… nie mogłam się oderwać” – Marta, 36 lat
⭐⭐⭐⭐⭐
„Czytałam jednym tchem! Każda opowieść była jak mały wybuch emocji – od delikatnych szeptów po ogień pożądania. Chcę więcej takich historii!” – Ewelina, 41 lat

Weronika Brown Autor kategorii romans

Droga Czytelniczko

Nie piszę bajek o księżniczkach. Piszę o kobietach – prawdziwych, silnych, zagubionych, namiętnych.
„Szepty Pożądania” to zbiór opowieści o tym, co często ukrywamy – pragnieniach, które przychodzą po cichu, ale zostają na długo.
Jeśli choć jedna z tych historii sprawi, że poczujesz się bliżej siebie – to znaczy, że było warto.

Z serdecznością, ale i iskrą
Weronika Brown

 

Weronika Brown
Autorka, przedsiębiorczyni i kobieta, która mówi głośno o tym, co inni przemilczają

Co piszą Czytelniczki

„Szepty Pożądania” poruszyły czułe struny, o których nie mówi się głośno – aż do teraz. Sprawdź, co napisały kobiety, które odważyły się poczuć więcej.

To nie były tylko opowiadania. To było lustro kobiecych pragnień i wątpliwości. Każda historia sprawiała, że czułam się bardziej… sobą.

Weronika Czarnecka

Dot. książki „Szepty Pożądania”

Uwielbiam, kiedy książka potrafi być jednocześnie subtelna i pełna napięcia. Tu każda scena coś znaczy.

M.J. z Gdańska

Dot. książki „Szepty Pożądania”

To nie jest typowy romans. To są emocjonalne opowieści, które poruszają najczulsze struny. Czasem czułam się zawstydzona… a czasem dumna.

Zakochana 45+

Dot. książki „Szepty Pożądania”

W tych opowieściach jest coś więcej niż tylko romans – jest siła, delikatność i głos, który mówi: masz prawo czuć.

Redaktorka – anonimowo

Dot. książki „Szepty Pożądania”

Krótki romans

Romans. Scena subtelnego spotkania kobiety i mężczyzny w kawiarni zimą — pełna czułości i emocji chwila symbolizująca początek dojrzałego romansu, z padającym śniegiem za oknem i nastrojowym światłem

Nie planowałam się zakochać.
Szczerze mówiąc, nie planowałam już niczego. Po rozwodzie z Michałem miałam wrażenie, że jestem jak mieszkanie po pożarze — z zewnątrz coś tam jeszcze stoi, ale w środku wszystko się wali. Miałam trzydzieści siedem lat, córkę, kredyt, i umiejętność udawania, że wszystko gra.

Z dnia na dzień przestałam wierzyć, że coś dobrego jeszcze może mnie spotkać. Miłość? Śmiech na dwa głosy w kuchni? Spanie przy kimś bez potrzeby wciągania brzucha? To wszystko wydawało się jakimś dawnym snem, który nie należy już do mnie.

A potem przyszła zima. Ta prawdziwa, lodowata, która wbija igły śniegu pod płaszcz, kiedy nie zdążysz się zapiąć. Wtedy właśnie go poznałam.

Weszłam do szkoły po Klarę, spóźniona jak zwykle. W holu stał mężczyzna z teczką i kubkiem kawy. Uśmiechnął się do mnie, ale nie tak, jak mężczyźni uśmiechają się do kobiet. Uśmiechnął się tak, jakby mnie znał. Jakby mówił: „Nie przejmuj się, też często się spóźniam.”

Okazało się, że to nauczyciel plastyki. Pan Daniel. Rozwodnik, dwójka dzieci, trochę starszy ode mnie. Od tamtego dnia zaczęliśmy rozmawiać — najpierw tylko przy odbiorze dzieci, potem na zebraniach, aż w końcu na kawie. Nie była to randka. Był to akt przetrwania — dwoje ludzi, którzy nie mieli już siły udawać, że dają radę sami.

Pewnego wieczoru spytał mnie, co lubię robić „tak po prostu”. I wtedy coś we mnie pękło. Bo nie potrafiłam odpowiedzieć. Nie wiedziałam już, co mnie cieszy. Od lat wszystko robiłam dla kogoś.

Zaczął pokazywać mi małe rzeczy. Nowy szlak w lesie. Film, który kochał w dzieciństwie. Zapach kadzidła z Maroka, które przywiózł jeszcze przed rozwodem. A ja zaczęłam… wracać. Nie do niego. Do siebie.

To nie był od razu romans.
To była rozmowa o tym, że jedno z nas kiedyś płakało w sklepie spożywczym, bo nie mogło znaleźć odpowiedniego sosu. I o tym, że czasem największym luksusem jest zjeść śniadanie w ciszy.

Ale z każdą kolejną rozmową, z każdym niedopitym kubkiem herbaty, z każdą wiadomością: „Jak się dziś czujesz?”, coś się we mnie odbudowywało. Tylko że jeszcze nie wiedziałam, że odbudowa to ryzyko. Bo wszystko, co się odbudowuje — może znowu runąć.

Granice

Zbliżaliśmy się do siebie. Nie przez wspólne kolacje czy buziaki na dobranoc. Zbliżaliśmy się przez drobiazgi. Przysłał mi zdjęcie starego zegarka z napisem „Czas nie wraca, ale można wrócić do siebie”. Ja mu odpisałam, że bardziej wierzę w reset niż w powrót. I tak od słów do słów, tydzień po tygodniu, zrobiło się jakoś… intymnie.

I wtedy zrobiłam coś głupiego. Powiedziałam o nim mojej mamie.

Mój błąd.
Mama zawsze była z tych kobiet, które mierzą wartość mężczyzny liczbą metrów kwadratowych i kontem w banku. Daniel miał kredyt, był po rozwodzie, nie miał własnego mieszkania, tylko wynajmował. No i był nauczycielem plastyki. „Czy ty naprawdę chcesz kolejny raz zaczynać z kimś od zera?” – zapytała z tym swoim zawiedzionym westchnieniem, które znałam aż za dobrze.

I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o nią.
Chodzi o mnie. Bo jej pytanie padło tylko dlatego, że ja sama zadałam je sobie wcześniej. Tyle że nie miałam odwagi odpowiedzieć.

Czy chcę znowu się otworzyć? Czy mam siłę ryzykować?
Czy jestem gotowa, by zbudować coś nowego — nie mając gwarancji, że to przetrwa?

Zaczęłam się wycofywać. Mniej odpisywać. Częściej odwoływać spotkania. On nie pytał „dlaczego?”, ale widział. I pewnego dnia napisał:
„Zawsze możesz wybrać lęk. Ale jeśli chociaż raz chcesz wybrać siebie, to przyjdź.”

Wyszłam z domu. Zostawiłam Klarze kanapki i wiadomość, że wrócę za godzinę. I poszłam. Szłam jak na egzekucję. Nie dlatego, że bałam się Daniela. Bałam się, że jestem za bardzo zniszczona, by coś z tego wyszło. Bałam się, że nie umiem już być blisko, nie czując wstydu za każdą bliznę.

Zastałam go w tej samej kawiarni, w której poznaliśmy się lepiej. Siedział przy oknie, z książką. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się — bez pytań, bez pretensji. A potem powiedział:

– Nie musisz się bać, że się zakochasz. To się już stało.

I wtedy… nie całowaliśmy się. Nie rzuciliśmy się sobie w ramiona. Po prostu się popłakałam. Cicho. Bez dramatu. Bo zdałam sobie sprawę, że nie boję się jego. Boję się siebie – tej, która nie wierzy, że może być kochana bez warunków.

Tamtego wieczoru wszystko się zaczęło. Naprawdę.
Ale też – coś się we mnie obudziło. I to coś było… niepokojem.

Bo co, jeśli ten romans naprawdę stanie się ważny?
A co, jeśli przez to znowu stracę grunt pod nogami?

Rzeczy, których nie mówimy

Przez kilka tygodni było dobrze. Nie – było pięknie. Tyle że piękno też może być przerażające, jeśli nie wiesz, ile potrwa.
Z Danielem zaczęliśmy spędzać wieczory razem, gotować, chodzić do kina, oglądać te głupie seriale, które zawsze zaczyna się z przekąsem, a potem nie można się oderwać. Nawet Klara go polubiła, choć trzymała dystans. „Mamo, on nie udaje, to fajne” – powiedziała, kiedy raz podsłuchała, jak śmiejemy się w kuchni.

Ale ja… wciąż miałam lęk.
Był jak echo w tle – nie dominował, ale nie znikał. Nie ufałam sobie. Bałam się, że moje przywiązanie to tylko projekcja tęsknoty, a nie prawdziwe uczucie. I wtedy wydarzyło się coś, co roztrzaskało wszystko.

Daniel zadzwonił, że jego była żona miała wypadek. Poważny. Dzieci musiały zostać z nim na dłużej – być może na stałe. I on… był gotów. Bez wahania. Widziałam w jego oczach strach, zmęczenie, ale też jakąś gotowość, której ja nigdy nie miałam.

To właśnie mnie rozwaliło.
Nie jego sytuacja.
Tylko to, że ja nie byłam gotowa, by dzielić się nim z całym światem. Z jego przeszłością, dziećmi, obowiązkami. Nagle moje lęki nie były już teoretyczne. One miały imiona. Miałam być partnerką nie tylko jego – ale też jego życia. A to było… zbyt prawdziwe.

Zamiast być przy nim – odsunęłam się.
Nie powiedziałam wprost: „To dla mnie za dużo.” Zamiast tego mówiłam: „Może potrzebujesz przestrzeni.” Albo: „Nie chcę być problemem.” A on rozumiał. I pozwalał mi odchodzić – krok po kroku. Bez kłótni. Bez żalu. Ale z ciszą, która była gorsza niż jakiekolwiek słowa.

I nagle zaczęło się psuć wszystko.
Nie odbierałam, gdy dzwonił. Nie pisałam pierwsza. Kiedy raz zapytał, czy może przyjść, powiedziałam: „Nie dziś.” Nie dziś, które trwało tygodniami.

Aż przestał pytać.

Zorientowałam się za późno. Pewnej niedzieli, kiedy wstałam i zorientowałam się, że nie mam komu zaparzyć kawy. Że moja córka zamknęła się w pokoju, a ja nie wiedziałam, kiedy ostatni raz spojrzałam na nią nie przez pryzmat własnego zamętu.

Poszłam do kawiarni. Usiadłam przy oknie. Czekałam. Bez złudzeń. Ale z nadzieją. Bo czasem człowiek musi coś stracić, żeby zrozumieć, co naprawdę miał.

Czy mogłam jeszcze odzyskać ten romans, zanim zmienił się w kolejne „co by było, gdyby”?

Romans? Jeśli jeszcze jest czas

Minęły trzy miesiące. Trzy puste miesiące, w których życie toczyło się dalej, ale jakby bez barw. Praca, szkoła, zakupy, święta – wszystko mechaniczne. Klara wróciła do pytania: „Mamo, wszystko w porządku?” Ale nie było. I obie to wiedziałyśmy.

Nie próbowałam do niego pisać. Nie dlatego, że nie chciałam. Dlatego, że bałam się, że już nie odpowie. A w moim świecie — lepiej nie wiedzieć, niż usłyszeć „nie”.

Aż w końcu przyszedł list. Papierowy, prawdziwy. Od Daniela.
„Czasem trzeba odejść, żeby ktoś inny mógł wrócić do siebie. Nie czekam. Ale jeśli kiedyś poczujesz, że chcesz znowu zacząć – będę tam, gdzie zawsze. W tej samej kawiarni. W środy. O 17:00.”

Była środa.
Spojrzałam na zegarek – 16:38.

Zrobiłam coś, czego nie robiłam od miesięcy. Włożyłam płaszcz, umalowałam się lekko, powiedziałam Klarze: „Wracam za chwilę.” Tym razem nie pytała. Tylko uśmiechnęła się i powiedziała: „Idź, mamo.”

Kawiarnia była pusta. Środek tygodnia, środek zimy. Ale on tam był. Przy tym samym stoliku.
Spojrzał na mnie i wstał. Nie rzucił się. Nie zapytał, czemu tak długo. Tylko powiedział:
– Czekałem, ale nie miałem pretensji. Bo wiem, jak trudno jest czasem wrócić. Do siebie. Do miłości. Do ludzi.

Usiadłam naprzeciwko. I po raz pierwszy od dawna nie miałam w sobie ani jednego „ale”. Nie miałam planu, gwarancji, pewności. Miałam tylko tę chwilę. I jego.

Wtedy zrozumiałam, że romans to nie jest nagła eksplozja, która zmienia wszystko w jeden dzień. To codzienne wybieranie tej samej osoby, mimo strachu. Mimo przeszłości. Mimo wszystkiego.

I tak, nadal się bałam. Ale tym razem byłam gotowa się nie wycofać.

Czasem pytamy siebie: czy romans może się udać, jeśli wszystko w nas krzyczy „uciekaj”?
Może.
Pod warunkiem, że pierwszy raz w życiu – postanowisz zostać.


Tagi: romans, emocje, kobieca literatura, relacje, druga szansa, powrót do siebie

Inspiracja:

Styl opowiadania czerpie z emocjonalnej głębi charakterystycznej dla twórczości Colleen Hoover – amerykańskiej autorki bestsellerowych romansów psychologicznych. Jej książki, takie jak It Ends with Us czy Verity, pokazują, że miłość może być jednocześnie czuła, skomplikowana i bolesna – dokładnie taka, jak życie.

Koszyk